Premierowy fragment książki „Czarny żałobnik” Mai Opiłki

utworzone przez | lut 15, 2024 | Najciekawsze premiery książkowe

Skąpana w blasku słońca Warszawa zaczyna tonąć w mroku czarnego żałobnika… Komisarz Adam Kruger i prokurator Alicja Ostrowska stają w szranki z wyjątkowo brutalnym sprawcą. Sprawcą, który upodobał sobie odbieranie życia ofiarom, wykorzystując średniowieczne metody tortur. Morderca wydaje się sterować dochodzeniem, kreując własną grę. Porzuca zwłoki na placach zabaw, a przy ciałach zostawia znak, swój podpis – czarnego motyla rusałkę żałobnik. Z przeszłości ofiar wylewa się niewierność oraz zazdrość. A każde z nich łączy postać terapeutki specjalizującej się w terapii małżeństw. Misternie skonstruowana intryga, błędne koło wzajemnych relacji, bezpodstawne podejrzenia i błędy oceny.

Czy Kruger i Ostrowska, których doganiają demony własnej przeszłości, zdołają odstawić na bok wzajemne niesnaski, by rozwikłać tę skomplikowaną rozgrywkę, zanim kolejna ofiara stanie się pionkiem na tej krwawej szachownicy?

Już 22 lutego nakładem wydawnictwa Initium do księgarń trafi „Czarny żałobnik” Mai Opiłki – kryminał, który przenosi czytelnika do mrocznego labiryntu pełnego ludzkich relacji, w którym zemsta przeplata się z niewiernością tworząc intrygującą układankę czekającą na śmiałka, który zdoła ją rozwikłać. Już dzisiaj na naszym portalu można przeczytać przedpremierowy fragment! Zapraszamy do przeczytania.

PROLOG

Głuchą ciszę przebijał jedynie cichy, niemal niesłyszalny szloch kobiety. Jej przepełnione strachem ciało napięło się niczym cięciwa łuku. Skrępowana, przywiązana do krzesła, z zawiązaną na oczach opaską starała się łapać każdy szmer, każdy dźwięk, ale zdawało się, jakby znalazła się w pustym pomieszczeniu, gdzie jest tylko ona i nikt więcej. Jej ociekający przerażeniem oddech odbijał się od ścian i wracał do uszu
niczym niezmącony.

Cisza. Ciemność. Wszechobecny zapach kobiecych perfum. Było parno, duszno. Strużki potu spływały po rozdygotanym ze strachu ciele. Lepkie, czarne niczym smoła, długie włosy lepiły się do ciała.

Nie pamiętała, jak znalazła się w tym przeklętym miejscu. Nie potrafiłaby go nawet opisać. Kiedy się ocknęła, przed oczami mieniły się jej jedynie barwy ciemności. Straciła przez to nie tylko poczucie czasu, lecz także nadzieję.

Spragniona, oblizywała spierzchnięte usta. Tak bardzo chciało jej się pić. A uczucie pragnienia potęgował panujący w pomieszczeniu skwar. Traciła siły. Brak wody i początkowe szarpanie z przymocowanym do podłogi krzesłem, które wydawało się jakby przyspawane do ziemi, pozbawiły ją
sporej ilości energii. Poranione do krwi przeguby nadgarstków szczypały przy każdym najmniejszym ruchu. Jednak to nie ból przerażał najbardziej, a wszechobecna ciemność i ta strosząca włoski na ciele melodia ciszy wprawiająca jej serce w szybki rytm.

Z każdą upływającą minutą czuła się coraz gorzej. Wiedziała, że przecież nikt ot tak dla zabawy nie zamknął jej w ciemności. Ktoś musi przyjść. Ktoś czegoś od niej chce. Ktoś w jakimś celu przywiązał ją, pozbawiając możliwości ucieczki. Czarne myśli torpedowały głowę kobiety, doprowadzającniemal na skraj przepaści, w której widniała już tylko rozpacz.

Z tego strachu, z tej bezsilności, rozpłakała się. Wodospad łez wylewał się spod czarnej opaski. Chciała, żeby ktoś się zjawił. Zrobił, co ma zrobić, i dał jej spokój. To czekanie, ta cisza ją wykańczały. Własny mózg płatał figle, przedstawiając najstraszliwsze scenariusze.

Kilka, a może kilkanaście minut lub nawet godzin później – straciła rachubę czasu – usłyszała szmer. Podniosła głowę, a ciało jakby zamarło. Początkowo słabo słyszalne kroki stawały się coraz donośniejsze, aż na zroszonej potem skórze poczuła delikatny powiew ludzkiego oddechu.

– Czego ode mnie chcesz? – wyszeptała, poruszając głową.

Cisza. Postać nie zaszczyciła jej odpowiedzią.

Na prawej, przywiązanej do podłokietnika ręce poczuła ciepły dotyk. Wzdrygnęła się, odruchowo chciała cofnąć dłoń. Syknęła z bólu, kiedy pas, jakim została skrępowana, wbił się w poranioną, krwawiącą ranę.

– Błagam – wyszlochała. – Nie rób mi krzywdy…

Znów brak odpowiedzi.

Poczuła, jak ktoś zakłada jej coś na serdeczny palec prawej dłoni. Zimny, metaliczny przedmiot, którego fragmenty zdawały się ostre. Zanim zdążyła zrozumieć, zareagować, było za późno. Szybki, mocny nacisk pozbawił kobietę palca. Przeraźliwy krzyk wypełnił pomieszczenie.

Nie zarejestrowała, jak postać odchodzi ani jak powraca. Dopiero kiedy ponownie ktoś dotknął jej dłoni, wzdrygnęła się i zaczęła walczyć z krępującymi jej ruchy pasami. Jednak tym razem stało się coś niezrozumiałego. Ktoś dokładnie opatrzył ranę i odszedł, pozostawiając kobietę w kompletnym szoku.

Postać zamknęła za sobą drzwi. Przygotowany karton czekał tylko na palec brunetki. Z osobliwą starannością włożyła wciąż ociekającą krwią część ciała młodej kobiety do malutkiego pudełeczka tuż obok czarnego motyla…

RODZIAŁ 1

Komisarz Adam Kruger zaparkował na Miodowej przy sklepie, do którego przy okazji wskoczył po kubek gorącej kawy. Miał za sobą ciężką noc, a nie zapowiadało się na spokojną wartę. Męczący kac od samego rana utrudniał mu życie, a niemiłosiernie prażące słońce potęgowało fatalne samopoczucie ospale drepczącego mężczyzny.

Zaspał, przez co pierwszy raz od niepamiętnych czasów był spóźniony. Nie lubił stawiać się jako ostatni na miejsce wezwania. Uważał to za mało profesjonalne zachowanie dla człowieka na jego stanowisku. A w tym przypadku tak właśnie się stało. Popijając kawę, rozglądał się dookoła, idąc niespiesznie za niosącym się gwarem rozmów. Ekipa zaczęła pracę bez niego, więc postanowił wykorzystać chwilę na zapoznanie się z otoczeniem. Pomimo wczesnej pory w parku znajdowało się sporo ludzi. Radośnie ćwierkające ptaki okupujące pobliskie drzewa przykuwały uwagę komisarza, a zarazem uświadamiały mu swą melodią, jak rzadko miewa czas na takie spacery. Gdyby nie praca, pewnie nawet by tu nie zajrzał. O ile pamięć go nie myliła, nie przypominał sobie, aby choć raz zawitał do tego parku. W Warszawie mieszkał od prawie dwudziestu lat, a wciąż czasem czuł się jak gość.

Z krótkiej, lecz treściwej rozmowy, która wybudziła komisarza z niezbyt efektywnego snu, dowiedział się o zwłokach znalezionych w Ogrodzie Krasińskich, zapakowanych w czarny worek. „Dość osobliwe miejsce jak na podrzucenie ciała”, pomyślał. Piaskownica Krugerowi kojarzyła się z zabawą i dziećmi, ale widać ludzie wciąż potrafili zaskakiwać.

Tonący w słońcu plac zabaw przyciągnął multum ciekawskich gapiów, których sylwetki dostrzegał z oddali. Nieustraszonych obserwatorów nie zniechęcał nawet rozkręcający się upał. Wszak nic tak nie intryguje jak policyjne taśmy i krzątanina ekipy dochodzeniowej pracującej na miejscu, gdzie znaleziono zwłoki. Telefony szybko poszły w ruch. W okolicy dawno nie uświadczono takiej sensacji, co wywoływało
tylko jeszcze większą, wręcz niezdrową ekscytację wśród zebranych. Każdy z obecnych chciał być jak najbliżej miejsca, w którym pracowali technicy. Kruger nawet dobrze nie zaczął pracy, a już miał serdecznie dość. Nienawidził lata. Pot lał się z dupy, a ludzie cuchnęli. „I weź tu człowieku pracuj przy
takich warunkach”, pomyślał.

Dotarł do walnego zgromadzenia debatującego nad nieudolnością policji, która to nie pomaga porządnym obywatelom. Chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język. Był i tak już spóźniony, a wdawanie się w nic niewnoszące dyskusje z postronnymi obserwatorami niczego by nie zmieniło. Jeszcze powiedziałby o kilka słów za dużo i miałby problemy. Takie sytuacje jedynie podtrzymywały komisarza w przekonaniu,
jak bardzo wkurzają go ludzie, a zwłaszcza tacy jak ci dwaj młodociani gówniarze rzucający bluzgi w stronę pracujących nieopodal funkcjonariuszy. Zdecydowanie za wcześnie poczuli zew wakacyjnej wolności, co dało się odczuć po piwnym oddechu, jaki wydobywał się z ich ust. Szkołę skończył dawno temu, w związku z czym nie pamiętał dokładnej daty wieńczącej koniec roku szkolnego, jednak na pewno nie było to na początku czerwca.

Bez większego entuzjazmu sięgnął do tylnej kieszeni dżinsowych spodni i wyciągnął legitymację służbową. Otarł pot z czoła, żałując, że nie zabrał czapki z daszkiem. Mimo uporczywego, rozświetlającego bezchmurne niebo słońca nie odstąpił od włożenia czarnej koszulki, która stanowiła nieodzowny element stroju komisarza. Zresztą nawet gdyby chciał coś innego na siebie zarzucić, to zwyczajnie nie miał co – cała garderoba komisarza mieniła się czarnymi barwami.

– Proszę się odsunąć, policja – powiedział znudzonym głosem w stronę dwóch chuderlawych chłopaczków ubranych w dżinsowe szorty i koszulki z logo Marvela. Nie rozumiał, jak w wieku nastoletnim można wyglądać jak takie szczypiory, których nóżki były cieńsze od ramion komisarza.

– Coś się tu stało? Trupa znaleźli? – zapytał jeden z gówniarzy, wyraźnie podekscytowany.

Komisarz Adam Kruger, na którego bliscy współpracownicy zwykli wołać „Lis”, dopił resztki kawy i zmiażdżył w dłoniach papierowy kubeczek. Zrobił krok w przód, stając tuż naprzeciwko niższego o głowę młodzieńca z widocznym na twarzy trądzikiem.
– Zejdź mi, kurwa, z drogi, bo wylądujesz na dołku – rzucił surowym tonem, na który chłopak wybałuszył oczy.
Niemal natychmiast ustąpił drogi komisarzowi, podobnie jak reszta stojących przed nimi osób. Gruby, niski głos mężczyzny potrafił sprawić, że ludzie nie chcieli z nim zaczynać. Kruger wręczył zgnieciony kubek młokosowi i ruszył, korzystając z utworzonego korytarzyka. Przeszedł spokojnie do taśm, gdziestał dobrze znany Lisowi aspirant Marek Pieczara.

– Czołem, komisarzu! – rzucił na powitanie o jakąś dekadę młodszy od Krugera mężczyzna. Byli niemal tego samego wzrostu, choć Pieczara delikatnie ustępował pod tym względem starszemu stopniem koledze.

– Masz fajkę? – zapytał Lis, przechodząc pod taśmą. Rzadko palił, ale dziś czuł, że musi.

– Ano mam – odparł. – Ciężka noc?

„Ciężkie życie” – chciał powiedzieć komisarz, ale sobie darował. Domyślał się, że z daleka widać, w jak marnej formie się znajdował. Noc mocno zakrapiana alkoholem go wykończyła. Zaczynał sobie uświadamiać, że robi się na takie akcje za stary. Co prawda aż tak wiekowy nie był, zaledwie dwa dni temu obchodził trzydzieste dziewiąte urodziny, ale mimo wszystko czuł, że czas zwolnić.

– Ciężki poranek – odparł, odpalając papierosa. – Wylegitymuj tych dwóch rzucających bluzgami gówniarzy. Na pełnoletnich mi nie wyglądają, a wali od nich browarem.

– Jasne. Zaraz się tym zajmiemy. – Aspirat kiwnął głową w stronę stojącego kawałek dalej kolegi.

Kruger wymamrotał ledwo słyszalne „dzięki” i ruszył w kierunku odgrodzonej od gapiów białym parawanem części
placu zabaw.

Przyłożył dłoń do czoła i zmrużył oczy. Słońce utrudniało mu widoczność, ale mimo to z daleka rozpoznał dobrze mu znaną sylwetkę prokuratorki prokuratury okręgowej Alicji Ostrowskiej. Kobieta z podpartymi na biodrach rękoma wlepiała nienawistny wzrok w zmierzającego w jej stronę komisarza. Musiał przyznać, że w obcisłej zielonej sukience wyglądała obłędnie. Zresztą, czy kiedyś wyglądała źle? Brunetka o bursztynowych oczach i idealnej figurze klepsydry z roku na rok piękniała. Jego zdaniem zawarła pakt z diabłem. Rogaty ziomek sprzedał jej ciało bogini, a ona w zamian za spłacanie długu miała uprzykrzać życie Lisowi.

– A ty gdzie się szlajasz? – zapytała, kiedy zbliżył się na wystarczającą odległość, aby mogła rzucić pytaniem.

– Zaspałem – odchrząknął. – Co mamy?

– Posiekanego trupa w worku! A ty, zamiast się stawiać na wezwanie, to pierdolisz jakąś padlinę na mieście! – Nie kryła swego niezadowolenia z faktu spóźnienia Lisa.

– Zazdrosna, że nie ciebie? – zapytał, posyłając jej buziaka.

– Błagam cię – prychnęła. – Mam lepsze propozycje.

– A bo ty się przecież teraz prowadzasz z szanowanym mecenasem! – Klasnął w dłonie.

– Przynajmniej jest na poziomie.

– No, na poziomie to na pewno… gówna w przeręblu – rzucił na odchodne, ruszając w kierunku swojej partnerki Pauli Bielik.

– Lis, kurwa! – ryknęła za plecami komisarza podążająca jego śladem prokuratorka.

Większość ludzi bliżej współpracujących z Ostrowską zwracała się do niej per „Ostra”. Ksywka, która wzięła się nie tylko od zdrobnienia nazwiska, lecz także charakteru prokuratorki, którego nie sposób było określić mianem łagodnego.

Komisarz zatrzymał się i odwrócił w kierunku wściekłej, jak by nie patrzeć, przełożonej. Zlitował się. Szpilki na piaskowe podłoże były kiepskim pomysłem, ale nie sądził, że ona potrafi chodzić w innych butach. Pamiętał, że zawsze rano przed pracą zwykła biegać, ale śmiał twierdzić, że gdyby brała udział w maratonie, to wyprzedzałaby wszystkich w szpilkach niczym Struś Pędziwiatr doprowadzający do szału Kojota.

– Tak, kochanie? – zapytał ironicznie.

Skrzywiła się, jakby ktoś właśnie włożył jej do ust kawałek wyjątkowo kwaśnej cytryny.

– Nie mów tak do mnie – syknęła. – I nie rób sobie jaj, bo mamy poważną sprawę.

– Zawsze powtarzasz, że każda sprawa jest poważna i niezwykle ważna.

– Nie łap mnie za słówka – warknęła.

– A za co mogę? – zapytał, puszczając dymek z papierosa.

Ostra nie odpowiedziała. Podeszła do komisarza i wyciągnęła fajkę z jego ust, po czym zmysłowo włożyła pomiędzy własne usta. Zaciągnęła się lekko i wypuściła dym prosto w twarz komisarza.

– Weź się do roboty – powiedziała, gasząc papierosa na klamrze od paska Lisa, którego nawet to nie ruszyło.

Pokręcił rozbawiony głową. Uwielbiał ją wkurzać.

– Dobra, a na poważnie, co mamy? – zapytał, odkładając na bok ich wzajemne dogryzania.

Ostra westchnęła.

– Trupa w worku – powtórzyła. – Na pewno mężczyzna, na razie tyle. Ktoś go pociął na drobne kawałeczki – wyjaśniła, wymownie patrząc na komisarza.

Nienawidził takich spraw. Nigdy nie kończyły się na jednym denacie. Zawsze musiało być tego więcej. A odnalezienie sprawcy tak brutalnego mordu wcale nie było proste. Ktoś, kto sili się na tak bestialski czyn, za jaki bez wątpienia można uznać ćwiartowanie ludzkich zwłok, z reguły bywa bardzo ostrożny. Podrzuca ciało w miejscu łatwo dostępnym, tak by można było je z łatwością znaleźć. Chcąc tym samym dać znać o sobie, że jest, istnieje i mamy się go bać. To jak rozpoczęcie gry w chowanego. Zostawia po sobie ślad, a potem znika, zaczynając odliczanie.

– Plac zabaw to dość upiorne miejsce na zostawienie czegoś takiego… – rzucił, zmierzając ku klęczącemu przy worku medykowi sądowemu Aleksandrowi Woźnemu i stojącej nad nim podkomisarz Pauli Bielik.

– I to mnie martwi – odparła Ostra, nie kryjąc zaniepokojenia.

– Ktoś zostawia pocięte ciało w worku na śmieci tuż obok piaskownicy. Mógł to zrobić wszędzie, ale czemu akurat tu? – zadała pytanie, ale nie oczekiwała odpowiedzi.

W przypadku takich zbrodni miejsce pozostawienia ciała przeważnie ma dla sprawcy jakiś osobisty wydźwięk. Najczęściej nie jest to przypadkowy wybór, może oznaczać, że morderca grasuje gdzieś w okolicy. Jeśli ktoś pozostawia ciało w ogólnodostępnym miejscu, musi być pewny, że nie zostanie dostrzeżony. A to oznacza, że zna teren i wie, jakimi drogami chadzać, by ustrzec się ciekawskich spojrzeń.

– Hej – rzuciła Pula, widząc zbliżającego się Lisa. – Wyglądasz jak gówno – dodała bez ogródek.

Podkomisarz Paula Bielik nie przebierała w słowach i niemal zawsze bywała brutalnie szczera, dlatego tak bardzo się lubili i równie dobrze im się współpracowało. Niewysoka filigranowa blondynka o zielonych oczach nadrabiała wzrost hartem ducha i zadziornym charakterem. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Jej drobna, szczupła postura mogła być myląca, ale właśnie dzięki swoim gabarytom była wyjątkowo zwinna. Raz widział, jak z łatwością oplotła się wokół napastnika niczym wąż boa i dosłownie odebrała chłopu dopływ tlenu. Pozory mogą mylić – i to najlepiej określało Paulę. „Ładna chłopczyca”, jak o niej mawiano na korytarzach. Aczkolwiek komisarza doszły słuchy, że w łóżku ma temperament. Nie sprawdzał, chociaż Bielik na początku wysyłała jasne sygnały, że Lis jest w jej typie. „Nic dziwnego”, pomyślał wtedy. Nie powiedziałby sam o sobie, że jest Adonisem, ale miał charyzmę, niski głos i to mityczne „coś”. Barczysty komisarz o wyglądzie złego chłopca na tak zwane branie nigdy nie narzekał. Po prostu był idealnym przykładem, że nie zawsze wygląd pięknisia jest ważny, ale charakter, dobre gadane zrobi robotę. Pewnego razu z ust ponętnej brunetki padły słowa, że komisarz jest kwintesencją męskości. Cóż, tego się trzymał.

– Paula, ale mnie nie obchodzi, co mówisz rano, patrząc w lustro. – Uśmiechnął się szeroko.

– Słaba riposta – rzucił klęczący przy worku ze zwłokami medyk sądowy.

– Jakby inaczej – odparła Ostra, kryjąc się z uśmiechem.

Każdy wiedział, że medyk leci na Paulę, ale problem polegał na tym, że ona na niego nie. Chociaż chłop wziął się za siebie. Lis uważał, że właśnie z powodu Bielik zaczął chodzić na siłownię i razem z komisarzem na boks. Niegdyś ważący ponad sto kilogramów tłuszczu Olek dziś prezentował się zupełnie inaczej – korzystniej. Tłuszcz, którym ociekał, spalał, dbając o zachowanie odpowiedniej masy mięśniowej. Nawet wyprzystojniał. Jednak nadal wyglądał nieco jak nerd – okrągłe modne okularki i gładkie lica wciąż nie przekonywały Pauli. Coś było w tym, że łobuz kocha najbardziej. Woźny był dobry, miły i spokojny, widać Bielik lubiła ostrzejszych facetów. Mimo to doktorek się nie poddawał i chwała mu za to. Trzeba próbować, bo jak wiadomo, kobiety bywają zmienne.

– No i co tam mamy, Oluś? – zapytał Lis.

– Mężczyznę pociętego w drobny mak. Naprawdę jeszcze nie widziałem ciała w takim stanie.

– Aż tak? – zapytał, zanim sam zerknął.

Nawet nie potrzebował odpowiedzi Woźnego. Zwartość czarnego worka przyprawiała o dreszcze. Mieszanina tkanek, chrząstek, kości, skóry i wszystkiego, co kilka godzin wcześniej tworzyło człowieka, uruchamiała odruch wymiotny. Lis, mimo doświadczenia, musiał przysłonić usta. Nawet na nim zrobiło to wrażenie. Zwłaszcza to, co znajdowało się obok worka. Odpowiednio zabezpieczona odcięta głowa denata pozbawiona powiek, uszu… iście upiorny widok.

Biały parawan, jakim szczelnie otoczone zostało miejsce pracy Woźnego, na szczęście odseparowywał ich od gapiów i zbierających się coraz liczniej dziennikarzy. Mogli w spokoju zajmować się swoją robotą.

– Hieny poczuły padlinę – rzuciła Ostra, podążając za wzrokiem komisarza. – Już mnie, kurwa, trzęsie na samą myśl.

Nie zazdrościł udzielania wywiadu i przekazywania informacji. Parszywa robota.

– Ano tak – odpowiedział zrezygnowany Woźny na wcześniejsze pytanie Lisa. – Będę miał masę pracy. – Cmoknął niezadowolony.

– Zabiorę go do prosektorium i dopiero coś będę mógł wam powiedzieć. Na razie to sami widzicie, jak to wygląda. – Wzruszył ramionami.

– Powiadomiliście już rodzinę? – zapytał Lis.

– Chłopaki pojechały do jego żony. Przywiozą ją na komendę – wyjaśniła Bielik.

Identyfikacja w tym przypadku była, o dziwo, dość prosta. Pomiędzy zęby denata włożono jego dowód. Dzięki temu łatwo dotarli do rodziny ofiary. Takie zjawisko samo w sobie stanowiło zagadkę. Zwykle sprawca posuwa się do metod cięcia zwłok, chcąc utrudnić ich identyfikację. A w tym przypadku mieli to ułatwione. Wręcz podane na tacy.

– Wiesz, że nie mamy czasu? – rzuciła Ostra do Olka. Jak zawsze wszyscy mieli się uwijać. Doskonale było wiadomo, że dla niej raporty zawsze miały być na wczoraj.

Woźny jedynie pokiwał głową, nie miał zamiaru komentować, i słusznie. Sensu najmniejszego w tym nie było.

– Sandra, znalazłaś coś? – zapytał komisarz klęczącą przy piaskownicy szefową techników.

– Dużo śladów, dużo śmieci, dużo roboty, gigantyczny wkurw. Wykończy mnie ten upał. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Na
pewno traseolog będzie miał co robić. Dookoła jest od groma śladów butów, ale nie nastawiajcie się na coś spektakularnego. Przewinęło się tu naprawdę wielu dorosłych, nie tylko dzieciaki – oznajmiła. – Poza tym zabezpieczyliśmy trochę przedmiotów, ale nie sądzę, że sprawca pił soczek… Reasumując, trochę tego mamy, ale czy coś wartego uwagi, to bym nie powiedziała.

Starsza o dwa lata od komisarza Kalicka była geniuszem w swojej pracy. Szefowa techników zawsze stawała na wysokości zadania i nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek go zawiodła. Niska brunetka z lekką nadwagą o pucołowatej buzi i przyjaznym usposobieniu potrafiła wywołać uśmiech na twarzy nawet w taki parszywy dzień. Sam do końca nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. Sandra miała po prostu w sobie coś niezwykłego.

Kruger skinął jej głową, choć tego nie zarejestrowała. Zajęta swoim zadaniem nawet nie odwróciła się w stronę stojącego za jej plecami komisarza.

– Ktoś przesłuchał kobietę, która znalazła worek? – zapytała Ostra.

– Worek to znalazło dziecko, a matka wezwała służby – doprecyzowała uszczypliwie Bielik.

Ostra spiorunowała ją wzrokiem. Obie panie średnio za sobą przepadały.

– Rozmawiał ktoś? – ponowiła pytanie prokuratorka, ukrócając jego formę.

– Tak, ale nic nie zauważyła – burknęła Bielik. – Na nic nie zwróciła uwagi. Dziecko się bawiło. Początkowo myśleli, że ktoś z porządkowych zbierał śmieci, no i zostawił worek przy owalnej piaskownicy, ale zaczęło krążyć wokół niego mnóstwo owadów, a palące słońce przyspieszyło proces rozchodzenia się specyficznego zapachu.

– A tego to tu jest w cholerę – wtrącił Woźny, wstając z kolan. – Ale mam też coś bardzo dziwnego – dodał, sięgając po woreczek foliowy z czymś, co przypominało motyla. Zabezpieczony dowód wręczył Ostrej.

– I co to, kurwa, jest? – zapytała, obracając w dłoniach woreczek.

– Motylem być – zanucił Lis.

Ostra tylko cmoknęła. Nie ukrywała, że brak powagi ze strony Krugera w niektórych momentach ją wkurzał.

– Owszem, to motyl – doprecyzował Woźny. – Ale dziwne zjawisko, bo ten obiekt, który trzymasz w dłoni, jest zakonserwowany. Nie znam się na motylach i tych wszystkich procesach, ale z tego, co pamiętam, to zatruwa się je, aby potem można było taki okaz preparować. A to znaczy, że…

– Ktoś wrzucił go specjalnie – dokończył za medyka Lis.

– Niedobrze, no niedobrze – wymamrotała Ostra.

– Na jednym ciele się na pewno nie skończy – odparł Kruger.

Akurat tego wszyscy zgromadzeni byli pewni. Pozostawiony motyl stanowił swoisty podpis sprawcy. A podpisuje się ktoś, kto chce, aby to jemu przypisywano morderstwa. Kruger, patrząc na worek pociętych szczątków mężczyzny, zacisnął zęby. Najwyraźniej mieli do czynienia z początkiem serii.

ROZDZIAŁ 2

Rozgorzała na dobre dyskusja pomiędzy żywiołowo gestykulującą parą sprawiała, że miała ochotę zabrać swoje rzeczy i po prostu wyjść, pozostawiając ich samych sobie. Festiwal wzajemnych oskarżeń wydawał się nie mieć końca. I szczerze wątpiła, czy jedno rozumie drugie. Przekrzykiwanie się nie prowadziło do niczego, a już na pewno nie do znalezienia jakiejkolwiek nici porozumienia. A przecież rzekomo właśnie po to tutaj przyszli, aby poskładać rozbite w drobny mak zaufanie i jeszcze jakoś wspólnymi siłami spróbować odbudować relację. Jednak starania tejże dwójki można było co najwyżej przyrównać do prób defibrylacji kilkudniowych zwłok. Niby wykonuje się czynności mające przywrócić akcję serca, ale gdzie w tym sens, gdzie logika? Te kilkudniowe zwłoki były kiedyś żyjącym, tętniącym życiem człowiekiem, a teraz są jedynie ciałem bez oznak życia, któremu już nic i nikt nie jest w stanie pomóc. I tak też było w przypadku siedzącej naprzeciwko pary. Ich związek obumarł, a łącząca małżonków relacja zanikła niczym akcja serca umarlaka. Wzajemne wyzwiska i obarczanie winą zdawały się to tylko potwierdzać.

Mąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego żona nie pojmuje, że również ona ponosi winę za jego zdradę. Przecież gdyby poświęcała mu więcej czasu, bardziej o siebie dbała i przestała się starzeć, to nie miałby ochoty na dwudziestotrzyletnią stażystkę, która zresztą jest tak samo winna, jak i jego żona. Bo gdyby młoda panna go nie kusiła, to czy nawiązałby romans? Oczywiście, że nie. Wywód elegancko ubranego, przystojnego mężczyzny można było podsumować w kilku prostych słowach – wszystkie jesteście tak samo winne. Problem polegał na tym, że on żadnej swej winy nie dostrzegał. A upokorzona zdradą żona zdawała się mieć coraz bardziej dość tej żałosnej wymiany zdań.

Anna Bogusz w swojej kilkunastoletniej praktyce widziała i słyszała już chyba dosłownie wszystko. Jako terapeutka zajmowała się nie tylko małżeńskimi potyczkami, lecz także indywidualnymi przypadkami. Uwielbiała swoją pracę, a zwłaszcza ten upragniony moment, gdy dostrzegała, jak człowiek wstaje z kolan i zaczyna widzieć światełko w tunelu. Nie wszystkim udało się zawsze pomóc, ale wystarczyła chociaż raz na pewien czas jedna osoba, aby poczuła, że jej praca ma wciąż sens.

Ludzka psychika pełna jest zawiłości, a wszyscy są różni, tak samo jak inne są ich problemy. Jej zadanie polegało na słuchaniu i była w tym dobra. Jedna z najbardziej cenionych specjalistek w kraju w swej dziedzinie. Życie zawodowe kobiety miało się znakomicie. Liczne sukcesy na tym gruncie mówiły same za siebie. Szkoda tylko, że życie prywatne wyglądało zgoła inaczej.

Odłożyła trzymany w dłoniach notatnik oraz długopis na stojący po prawej stronie okrągły stoliczek i sięgnęła po szklankę do połowy zapełnioną przezroczystą cieczą. Upiła łyk wody i spojrzała w drugą stronę. Wpadające do niewielkiego, przytulnie urządzonego gabinetu rozgrzane słońce sprawiało, że miała ochotę wysłać podziękowania do tego, kto wymyślił klimatyzację. W jej pokoju nie było zimno, bo zimna nie lubiła, ale przyjemnie chłodno. Upalne dni ją wykańczały i gdyby nie klimatyzacja w pomieszczeniu, którego okno wychodziło na południe, nie dałoby rady tu wytrzymać.

Westchnęła zmęczona. Wzrokiem wróciła do pary wciąż kłócących się małżonków. Uznała, że ma serdecznie dość. I tak ta zażarta dyskusja nie wnosiła niczego do ich życia, a tym bardziej do jej. Wygładziła kończącą się przed udami kopertową spódnicę w kolorze jasnego brązu. Poprawiła jeszcze białą bluzkę na ramiączkach i oparła dłonie o kolano.

– Drodzy państwo! – krzyknęła z wyczuciem. Musiała jakoś sprawić, aby zamilkli. Odczekała chwilę, aż się zreflektują. Kiedy obydwoje skierowali na nią wzrok, kontynuowała: – Takie kłótnie nie mają najmniejszego sensu. Dlatego myślę, że najlepiej będzie, jeśli na dziś skończymy sesję. – Bogusz dysponowała ciepłym, przyjemnym głosem, lecz kiedy trzeba było, stawał się donośny i potrafił sprawiać, że ludzie od razu patrzyli w jej kierunku.

– Nie będzie więcej sesji. – Jako pierwsza odezwała się Agnieszka Mazur. Piękna, szczupła szatynka, której według Anny niczego nie brakowało. – Chcę rozwodu! – wysyczaławściekle przez zęby.

Seweryn Mazur się zaśmiał. Jakby kompletnie nie brał słów żony na poważnie.

– Jesteś nienormalna! Mówiłem ci, że żałuję i to tylko bzykanie, a ty robisz takie cyrki! Pomyślałaś o dzieciach? – ryknął prosto w twarz małżonki.

– A ty myślałeś o dzieciach, wsadzając swojego kutasa w cipę tej gówniary? – rzuciła pytaniem kobieta, ale nie liczyła pewnie nawet na odpowiedź.

Bogusz z całych sił starała się powstrzymać uśmiech. Najczęściej w takich sytuacjach mężczyźni zdawali się zrzucać winę za rozpad związku na barki zdradzonych, upokorzonych kobiet. Przecież on żałował i chciał scalić związek, a to, że kobieta miała dość i chciała rozwodu, sprawiało, że była tą najgorszą.

– Nie ośmieszaj się – odparł, krzywiąc się przy tym. – Kobiecie nie wypada używać takich wulgaryzmów.

– Yhm. Naturalnie. A co kobiecie wypada? Wypinać tyłek do ukochanego mężulka, który wrócił od kochanki i jeszcze by poruchał? Czy może paść na kolana i mu obciągnąć w ramach podziękowania za to, że w ogóle wrócił do domku?

– Skończ! – wrzasnął. – Pani terapia nic nie pomogła – rzucił w stronę Bogusz.

– No cóż. Nie dojrzał pan do tego, aby szukać winy w sobie, więc panu nie pomogła, ale myślę, że pani Agnieszce owszem. – Obdarzyła kobietę promiennym uśmiechem.

– Oj tak. Wychodzę stąd i idę prosto, ty mały kutasie, do adwokata. – Wstała, zabierając torebkę z kanapy. – Dziękuję. Jest pani nieoceniona – dodała, podchodząc do Bogusz.

– Powodzenia – odparła Anna.

Seweryn Mazur był odmiennego zdania. Uważał kobietę za kolejną winną rozpadu jego małżeństwa. W mniemaniu tego człowieka kobiety ponosiły winę za takie sytuacje. Mężczyźni nie są stworzeni do monogamii. Żona powinna być od rodzenia dzieci i słuchania męża, a nie od pretensji o jakiś przygodny seks. Przecież, do cholery, wracał do domu! Powinna się cieszyć, że wybrał ją na żonę, a nie mieć pretensje.

– Zadowolona jest pani z siebie?! Wszystkie jesteście takie same! Do ruchania się nadajecie i do niczego więcej! Głupie cipy! – wrzeszczał, wychodząc z gabinetu.

Nie zrobiło to na terapeutce specjalnego wrażenia. Nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy ktoś ją określił takim mianem. „No cóż, taka praca”, pomyślała.

– Wszystko w porządku? Słyszałam jakieś krzyki – zapytała wchodząca do gabinetu rudowłosa kobieta ze związanymi w kok włosami.

– Tak, Asia – odparła spokojnie do swojej sekretarki. – Pan nie potrafi zrozumieć, że kobiety nie są tylko od dawania dupy. Zaśmiała się i machnęła ręką.

– A bo to on jeden? Połowa tej rasy to szowinistyczni mizogini.

„Może nie połowa, ale spora część na pewno”, dodała w duchu. Nie chciała nawet już na ten temat rozmawiać.

– Coś dla mnie? – zapytała sekretarkę, widząc trzymaną przez nią pod pachą przesyłkę.

– Aaa, tak, zapomniałam przez to. – Joanna się uśmiechnęła. – Kurier przyniósł – dodała, wręczając kobiecie paczkę.

– Dzięki.

– Trochę dziwne…

– Co takiego? – zapytała Bogusz, przyglądając się paczce.

– Ten kurier. Podał paczkę i bez słowa się zmył… Zresztą…

– Przygryzła wargę, wahając się, czy powiedzieć to, co przyszło jej do głowy. Po chwili zastanowienia postanowiła wyjawić swoje przypuszczenia. – Wydawało mi, że skądś go znam… Że już tu był wcześniej…

Bogusz podniosła wzrok na rudowłosą sekretarkę.

– To kurier, może już był u nas?

Gołębiewska pokręciła głową i uśmiechnęła się zamyślona.

– Nie, to nie to – odparła zrezygnowana. – Zobacz lepiej, co jest w paczce – ponagliła szefową.

Sporych rozmiarów opakowanie wróżyło coś dużego, od razu zabrała się do rozpakowywania.

– Chcesz kawy? – zapytała Joanna.

Bogusz zaciekle walczyła z porządnie zafoliowanym kartonem.

– A nie, po tej dwójce mam dość. I tak mi ciśnienie podnieśli – odparła, kręcąc głową na samo wspomnienie.

– Pomóc ci? – zapytała sekretarka, widząc nieskuteczną walkę szefowej ze szczelnie opakowaną przesyłką.

– Nie. Czekaj, już prawie mam – powiedziała, pozbywając się pierwszej warstwy papierowej oraz następnej bąbelkowej folii, którą owinięto karton.

Joanna, nie chcąc być wścibska, podeszła do okna. Z kolei Bogusz otworzyła wieko pudełka i odskoczyła szybko w bok.

– Co ci jest?! – krzyknęła zaniepokojona sekretarka, podbiegając do szefowej.

Anna Bogusz wyprostowała się i przyłożyła dłoń do ust. Jej źrenice były rozszerzone. A na twarzy malował się szok.

– Anka? W porządku?

Blada jak ściana kobieta jedynie kiwnęła głową w stronę stojącego na biurku kartonu.

Joanna puściła szefową i niepewnie podeszła w kierunku przesyłki. Zajrzała do środka i szybko się cofnęła. Z wybałuszonymi
oczami rzuciła ciche:

– O kurwa…

– Trzeba zadzwonić po policję… – powiedziała Bogusz, powoli opanowując emocje.

Rudowłosa kobieta skinęła głową i wyszła z gabinetu, aby wykonać telefon. Z kolei Anna Bogusz zbliżyła się do kartonu. Zajrzała do środka i przełknęła z trudem. Co to, do cholery, miało znaczyć?

ROZDZIAŁ 3

Gabinet komendanta Komendy Stołecznej Policji w Warszawie wypełniał gwar żarliwej dyskusji pomiędzy zgromadzonymi. U samego szczytu dużego drewnianego stołu siedział nadinspektor Bogusław Dębski, który miał w zwyczaju doglądać osobiście spotkań ekipy dochodzeniowej, zwłaszcza przy śledztwach takich jak to, z którym przyszło im się zmierzyć. Wysoki, barczysty mężczyzna co chwilę ocierał spływający z czoła pot. Jak wszyscy pozostali, tak i on miał serdecznie dość przeciągającej się fali upałów. Bucząca klimatyzacja zdawała się w ogóle nie działać, a pracujący na najwyższych obrotach wysłużony wiatrak przynosił odwrotny do zamierzonego skutek. Było parno, gorąco, a przede wszystkim duszno. W efekcie czego ludzie stawali się nerwowi. Choć w przypadku Lisa nerwowość wynikała bardziej z braku nowych ustaleń. Prócz personaliów denata niczym więcej nie dysponowali. Na trop mężczyzny udało się wpaść tylko dzięki „dobrej woli” sprawcy, który wpakował między zęby denata jego własny dowód. Kruger nie widział w tym zbyt wiele sensu.

Brak raportu z sekcji zwłok trzydziestopięcioletniego Mariusza Bąka nie wpływał na polepszenie nastroju komisarza. Bez tego poruszali się nieco po omacku, spowolnionymi jak u muchy w smole ruchami. I właśnie w takich chwilach żałował, że poprzedni patomorfolog przeprowadził się za nową żoną do innego miasta. Większe doświadczenie, zwłaszcza w tak trudno zapowiadającym się śledztwie, mogło okazać się bezcenne. A tak musieli liczyć na pracującego w ślimaczym tempie Woźnego. Nie to, żeby chłopaka nie lubił, ale był zbyt ślamazarny w swej pracy. Z braku doświadczenia nie lubił rzucać słów na wiatr. Dlatego też kompletnie nic nie wiedzieli – prócz tego, że Bąka pocięto.

Z samych informacji na temat denata ustalono, że był właścicielem firmy budowlanej, i to całkiem nieźle prosperującej. Wrogów rzekomo się nie dorobił, ale to jeszcze należało ustalić dokładniej. Prócz pracy wiódł spokojne życie – żona, trójka dzieci. Przystojny, młody, ambitny i przede wszystkim, co mogło okazać się istotne – bogaty. Niby nic nadzwyczajnego, ale z jakiegoś powodu ktoś go zabił, i to w sposób mogący świadczyć o osobistych pobudkach sprawcy. Jeśli ciął zwłoki bez zamiaru utrudniania identyfikacji, to komisarzowi nasuwał się prosty motyw – zemsta. Pytanie tylko, co takiego Bąk musiał zrobić i komu, aby skończyć jako kupa brei w worku na śmieci?

Alicja Ostrowska wachlowała się za pomocą kilku trzymanych w dłoniach kartek. Kompletnie nie zdawała sobie sprawy, że takim zachowaniem sprowadza na swe piersi wzrok siedzącego obok nadinspektora, który walczył ze sobą, aby nie  zerknąć, choć sam czuł, że był na z góry straconej pozycji. Lis taksował ją wzrokiem z innego powodu. Nie mógł wyzbyć się wrażenia, że coś jej dolega.

– Dobra, kurwa! – ryknął wreszcie Kruger. – Pani prokurator, halo? – pomachał do Ostrowskiej.

Zmęczonym wzrokiem zerknęła na Lisa.

– Co? – rzuciła, nie wiedząc, o co znowu mu chodzi.

– Mam gdzieś twoje miłosne rozterki, ale siedzisz tu i o nic nie pytasz, a to twoje śledztwo, więc może łaskawie się włączysz?

Wszyscy obecni skierowali wzrok na lekko skonsternowaną uwagami Lisa kobietę. Odchrząknęła i odłożyła kartki. Dopiero wtedy zobaczyła wzrok komendanta.

– Boguś, nie gap mi się w cycki – rzuciła bez specjalnych pretensji w głosie.

Dębski odchrząknął lekko speszony.

– To się ubieraj inaczej – odparł, uciekając od Ostrej wzrokiem.

Prokuratorka wywróciła oczami, co nie umknęło uwadze Lisa. W pełni formy rzuciłaby jakimś niewybrednym komentarzem, aż by Dębskiemu w buty poszło. A ona nic… coś mu tu nie grało.

– Wracając do twojej uwagi, Kruger… – celowo wypowiedziała nazwisko komisarza – to, że się nie udzielam, nie oznacza, że nie wiem, o czym mówicie. Po prostu analizowałam wasze mózgowe wypociny. – Zastukała wypielęgnowanymi pazurkami o blat stołu.

Siedzący naprzeciwko Lis jedynie lekko się uśmiechnął. Za długo się znali, żeby wierzył w tanie sprzedawane bajki, ale nie był to czas i miejsce na potyczki słowne. Zostawi sobie tę przyjemność na inne okoliczności.

– Fantastycznie – odparł z ironią. – W takim razie co powiesz na raport z sekcji zwłok? – zapytał, zakładając ręce na piersi. Z uśmiechem wpatrywał się w rosnącą na twarzy kobiety frustrację.

Ostra westchnęła i rozejrzała się po wszystkich zgromadzonych. Bielik nie kryła rozbawienia tą sytuacją. Nie przepadały za sobą, więc zawsze, kiedy Lis słał w stronę prokuratorki okręgowej mocne pociski, Paula bawiła się w najlepsze. Szefowa techników Sandra Kalicka zajadała się oblanymi czekoladą orzeszkami, Woźny jak zwykle nie łapał, o co chodzi. Z kolei starszy aspirant Bartosz Bereś robił, co mógł, by dostrzec widok, który tak przykuł wzrok Dębskiego. Oparł łokcie o blat stołu i wydłużył szyję niczym Inspektor Gadżet swe ręce. Bereś nigdy nie ukrywał, że uroda Ostrej robiła na nim wrażenie. Siedzącą obok niego Paulę cenił, uważał ją za ładną, ale do Ostrowskiej nie miała podjazdu, a co tu mówić o Kalickiej. Szefowa techników odbiegała od kanonów urody, ale za to nadrabiała osobowością, którą uwielbiał. Tak więc z całej trójki kobiet zasiadających w pokoju to właśnie Ostra odpowiadała za tymczasowe przepalenie styków w głowie Beresia. Wiele by dał, żeby zbliżyć się do kobiety, ale po pierwsze, nie miał szans, a po drugie, szanował i cenił Lisa. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nawet jeśli ta dwójka nie jest razem, to coś ich ł ączy. Dlatego pozostało mu nacieszenie wzroku dekoltem Ostrej i liczenie, że nikt go za to nie skarci.

– Dobra, przyznam się bez bicia, nie słuchałam. Przepraszam. Wyłączyłam się – powiedziała niechętnie Ostra. Nienawidziła przyznawać się do błędu. A już zwłaszcza przed Lisem.

– Mnie ta wasza relacja guzik obchodzi. Dogryzajcie sobie, ale gdzie indziej – odezwał się Dębski. – Mamy ciało, a raportu jeszcze nie ma – wyjaśnił Ostrej. – Skupmy się na tym, czym obecnie dysponujemy.

Nieme „pierdol się” wydobyło się z ust Ostrowskiej. Skierowała te soczyste słowa w stronę siedzącego naprzeciwko dumnego z siebie Lisa.

– Z tobą zawsze. – Odbił piłeczkę w kierunku Ostrej, a ta zaczynała wewnętrznie się gotować.

– Chyba jasno się wyraziłem? – zapytał Dębski, patrząc przez chwilę na każde z nich.

– Naturalnie – odparła Alicja, uśmiechając się promiennie. Brakowało, aby jeszcze zatrzepotała długimi rzęsami dla lepszego efektu.

Lis jedynie wzruszył ramionami. Bujał się na krześle i przednio bawił.

– Olek! – ryknęła Ostra. – Czemu nie ma raportu?

Woźny drżącą dłonią poprawił okulary na nosie. Wyglądał, jakby sam widok Ostrowskiej wywoływał u niego palpitacje serca.

– Bo to ciało to jak układanie z Lego tetrisa. – Poprawił się nerwowo na krześle. – Nie poznacie przyczyny zgonu, dopóki nie skończę. A nie wiem, kiedy skończę, bo nawet z pomocą asystentki jest ciężko – oznajmił.

Ostra pokiwała ze zrozumieniem głową.

– A jest coś, co możesz powiedzieć? Nie wiem, cokolwiek.

– Rozłożyła szeroko dłonie.

– Znalazłem fragmenty ciała, które świadczą o tym, że cięto go na żywca.

– O kurwa – wypaliła z pełnymi orzeszków ustami Kalicka. Była pulchna, niska i miała wywalone na to, ile waży. Nie była otyła, ale lubiła dobrze zjeść.

– No, lekko chłop nie miał.

– Skoro żył, kiedy go cięto, to może to była przyczyna zgonu?

– Bardzo prawdopodobne. – Woźny pokiwał głową. Był młody i pracował z nimi od niedawna. Dlatego czasem doświadczeni śledczy musieli ciągnąć chłopaka za język. – Na pewno go wybebeszono i zrobiono to z precyzją i dbałością.

– Po czym wnioskujesz? – zapytała zaintrygowana Ostra.

– Żaden narząd wewnętrzny nie został uszkodzony. Żaden prócz serca – zauważył Olek.

Wszyscy zrobili zdziwione miny. Przecież, do cholery, pocięto człowieka w drobny mak, więc jak nie został uszkodzony?

– Czekaj, czekaj. Co ty pieprzysz? – rzuciła Ostra.

Woźny odchrząknął. Napór wzroku prokuratorki potrafił miażdżyć.

– Faceta pocięto, ale nie jego narządy wewnętrzne – wyjaśnił Olek. – Nerki, wątroba, jelita i pozostałe są w nienaruszonym stanie. Zostały ułożone na samym dnie worka. To tak, jakby go otworzono, starannie usunięto narządy, a potem wrzucono do worka z resztą. No, prócz serca.

– A co z tym sercem? – wtrącił Lis.

– To samo z narządami płciowymi.

– Woźny! – ryknął Dębski. – Mamy raport? No, kurwa, nie! To zacznij mówić jasno i wyraźnie, a nie pierdolisz, jakbyśmy kartki mieli przed oczami! – wrzeszczał.

Klnący Dębski to zjawisko spotykane wyjątkowo rzadko. Nawet jego Olek zaczynał wyprowadzać z równowagi. Nikt nie był zadowolony z pracy medyka i o ile Lis prywatnie chłopaka lubił, uważał, że czas rozejrzeć się za kimś innym do tej pracy.

– Nie krzycz na niego. – Paula stanęła w obronie Olka, na co ten zareagował wdzięcznym uśmiechem.

– Przepraszam – odparł nieśmiało. – Jego penis został pocięty na kawałki, a żeby być precyzyjnym, to odkrojono go, i to na żywca, o czym świadczą fragmenty tkanek, a następnie poszatkowano przy użyciu bardzo ostrego ostrza. – Wszyscy obecni w pomieszczeniu panowie zasyczeli, a ich twarze wykrzywiły się w bólu, jakby to im ktoś uciął przyrodzenia. – No wiem, bolesne. W każdym razie serce także zostało pokrojone. I co ciekawe, fragmenty większych kości noszą ślady łamania. A co do toksykologii, to czysto. Niczego mu nie podano.

– Ja jebię… – wydobyło się z ust Lisa. – Ktoś go połamał, pociął i wybebeszył?

– To mi wygląda na robotę zdradzonej kobiety – odezwała się Kalicka.

– Możliwe, ale jaka kobieta ma tyle siły, żeby kroić faceta?

– Wkurwiona?! – odezwały się jednocześnie Ostra z Bielik. Zważywszy na antypatię między obiema kobietami, stanowiło to ewenement.

– Wkurwiona i zdradzona – wtórował Lis.

– No nie wiem – odezwał się Dębski, wyraźnie nieprzekonany do takiej teorii. – Pamiętajmy, że faceta pocięto, połamano. A potem przetransportowano jego szczątki w worku na śmieci na plac zabaw, gdzie je znaleziono. Wkurw wkurwem, no ale bądźmy realistami, ile kobiet ma tyle siły?

– Nie lekceważ tego pomysłu – powiedział Kruger. – Nie wiem, jakiego narzędzia użyto. Jeśli mechanicznego, to czemu nie? Nie musiałaby użyć siły.

– Cięcia są różne – wyjaśnił Woźny. – Dlatego to tyle trwa. Wygląda trochę, jakby ktoś testował, co się lepiej sprawdzi.

– Jeszcze lepiej… Sandra, a ty? Macie coś?

Kalicka prychnęła. Oparła łokcie o stół i spojrzała w kierunku pytającego. Kruger jedynie westchnął zawiedziony. Kalicka zawsze przygotowywała się do spotkań skrupulatnie. Wszystko perfekcyjnie opisywała w teczkach spraw, gdzie każdy dokument w zależności od dziedziny techniki śledczej miał przydzielony swój kolor. Dziś tego nie dostali, a to znaczyło, że nie znaleźli nic wartościowego.

– Pierdyliard śladów. Wiecie, ile na placu zabaw jest petów? Od zajebania. – Pokręciła poirytowana głową. – Gdzie rozum, jarać w takim miejscu?!

– Kalicka, do rzeczy! – warknął zniecierpliwiony Dębski.

Cmoknęła niezadowolona.

– Na worku żadnych śladów nie znaleźliśmy. Czysty, więc pewnie ktoś używał rękawiczek. Traseolog ma trochę roboty, ale to już wiecie. Odcisków butów dużo, tak że… no co ja zrobię, trzeba czekać. – Wzruszyła ramionami. – Zabezpieczyliśmy ślady z piaskownicy, ale tam też tego jest masa. Dużo odcisków palców. Sprawdzamy te pety, ale tak właściwie to wszystko, czym dysponujemy.

– Może właśnie dlatego ktoś zostawił ciało w takim miejscu? – zasugerowała Bielik.

– Chciał nam narobić roboty – odparł Lis. – Masa śladów dookoła i szukaj wiatru w polu.

– Możliwe – wtrąciła Ostra. – Najpewniej mamy do czynienia z inteligentnym sprawcą. Byle dureń z zemsty nie pokusiłby się o coś takiego.

– Niby tak, ale zastanawia mnie ten dowód. – Lis potarł kilkudniowy zarost. – Z jednej strony tnie zwłoki, utrudnia identyfikację, a z drugiej podrzuca dowód osobisty? Gdzie w tym sens? I dlaczego pozostawił głowę osobno? Czemu jej… nie wiem, nie roztrzaskał?Dębski mruknął zamyślony.

– Chyba że ciął, by zadać ból – powiedział nadinspektor.

– A nie po to, aby nam utrudnić identyfikację.

Ostra z Lisem niemal synchronicznie pokiwali głowami.

– Jest to jakaś myśl…

– Mnie jeszcze jedno zastanawia – wtrącił się do rozmowy dotąd milczący starszy aspirant Bartosz Bereś, a wzrok pozostałych skupił się właśnie na nim. – Facet swoje ważył. Skoro we krwi czysto, no to jak ktoś zaciągnął takiego byka w ustronne miejsce, gdzie go konał?

– Może przyjebano mu w głowę? Wepchnięto do auta i wywieziono gdzieś, gdzie robotę dokończono – odparła Paula.

– Uderzenie w głowę odpada – odezwał się Woźny. – Żadnych uszkodzeń na czaszce.

– Jedna z opcji mniej – odparła Ostra. – Ale gdyby ktośchwilowo odciął mu dopływ tlenu, to kobietę można wykluczyć. Która by dała radę wepchnąć takiego byka do auta?

– Babka pokroju Marit Bjørgen? – rzucił w swoim stylu Bereś, wywołując lekkie uśmiechy na twarzach niemal wszystkich zgromadzonych. Jedynie Ostra zrugała go wzrokiem.

– Bąk ważył około dziewięćdziesięciu kilogramów, ale masy mięśniowej. Facet był w dobrej formie… – wymieniał Lis.

– Czyli najpewniej ktoś musiał zajść go od tyłu. Inaczej dałby radę się bronić – skonstatowała Paula.

– Olek mówił, że nie ma śladów na głowie… w pojedynkę ktoś zdołałby go przenieść albo ciągnąć za sobą? W sensie facet? – wtrąciła się Bielik.

– No myślę, że z trudem, ale dałoby radę – odparł Bereś, patrząc na Lisa. Jego widocznie zarysowana pod opiętą koszulką muskulatura rzucała się w oczy. Poza tym znał Krugera z treningów. Wiedział, ile ten chłop ma siły w łapie. Dlatego wniosek nasuwał mu się sam. Ktoś o podobnej budowie dałby sobie radę z ciałem Bąka.

– No, chyba że został gdzieś zwabiony – dorzuciła Bielik.

– Przywiązany na seksualne ekscesy? Położył się na łóżku, dał przywiązać i powiedział: tnij mnie, ty brutalu! – odparł teatralnym głosem Bartek.

– Bereś! – ryknął Dębski. – Weź zachowaj odrobinę więcej powagi.

– Szefu wybaczy – odparł policjant, składając ręce jak do modlitwy.

Ostra odchrząknęła.

– W każdym razie dopóki nie poznamy wyników autopsji, nie możemy niczego wykluczać. – Spojrzała wymownie na Woźnego, który automatycznie skulił się pod ciężarem jejwzroku.

– A co z tym motylem? – zapytała Paula.

– Ten znaleziony przy ciele ofiary okazał się jednym z siedemdziesięciu pięciu występujących w Polsce przedstawicielirodziny rusałkowatych. A nazwa tego konkretnego owada brzmi rusałka żałobnik. Przy Bąku znaleziono samca – wyjaśniła Kalicka. – Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale owady tego gatunku w zależności od płci różnią się od siebie wielkością, a samiec jest mniejszy.

– Czyli szukaj wiatru w polu – parsknął Lis.

– Żałobnik… – wyszeptała Ostra, przykuwając na siebie wzrok pozostałych. – Ciekawy wybór.

– Na pewno nie przypadek – wtórował Bereś. – Tak czytam o tym motylu – powiedział znad telefonu – i przez niektórych nazywany jest płaszczem żałobnym, w sensie umaszczenie tego motyla. Niby brązowe, granatowe, ale jak dla mnie to skrzydełka ma czarne, ale ja się nie znam na kolorach. – Podrapał się po głowie. – W każdym razie mnie osobiście płaszcz żałobny kojarzy się z czernią.

– Czarny żałobnik – spuentował Lis.

Z dostępnych informacji trudno było im na tę chwilę cokolwiek więcej powiedzieć. Czuł się trochę zawiedziony, że Kalickiej nie udało się czegoś znaleźć, ale pretensji nie miał. Technicy mieli twardy orzech do zgryzienia. Masa śladów i znikome prawdopodobieństwo wpadnięcia na te należące do sprawcy. Kruger zdawał sobie sprawę, że oprawca Bąka głupi nie był. Zadbał o to, aby nie zostawić po sobie żadnych śladów.

– Pani prokurator… – rzucił Dębski.

– Słucham ja ciebie – odparła Ostra, wpatrując się w stół.

– Informuj mnie na bieżąco. Jasne?

– Ależ naturalnie – odparła, słodko się uśmiechając. Tym razem spojrzała na nadinspektora.

– Do roboty, bo nie chcę nowych trupów! – ryknął, zbierając się do wyjścia.

Lis odprowadził wzrokiem przełożonego. Nie mógł nie spojrzeć na Ostrą. Wydawało mu się, że coś jej leży na wątrobie.

– Każdy wie, co ma robić? – zapytała Alicja.

Zgromadzeni pokiwali głowami.

– Macie dwa dni na dokończenie swojej roboty. I nie chcę być w waszej skórze, jeśli niczego nie dostanę – powiedziała głosem znużonym, a nie przepełnionym pewnością jak zawsze.

– Lis, rób swoje i daj mi znać.

Kruger kiwnął głową. Patrzył, jak kobieta zbiera się do wyjścia. Odczekał chwilę i ruszył za nią.

– Poczekaj! – rzucił do Ostrej.

Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.

– Czego? – burknęła.

– Marnie wyglądasz, wszystko w porządku? – zapytał, rozglądając się po korytarzu.

O tej porze na komendzie roiło się od ludzi. Wszędzie było słychać szmery rozmów i wszędobylskie narzekanie na pogodę oraz słabą klimatyzację budynku.

– Adam, daj mi spokój! – fuknęła, odwracając się na pięcie. Nie czekała na reakcję, po prostu poszła, pozostawiając komisarza w lekkim szoku.

– A tej co? – zapytała Paula. Nawet nie zarejestrował momentu, w którym pojawiła się obok.

– Nic – odchrząknął. – Dotarła wreszcie żona denata?

Bielik zmierzyła komisarza kąśliwym spojrzeniem. Na końcu języka zazgrzytał jej kotłujący się w kolejce potok kąsających słów odnośnie do zachowania Ostrej. Mimo wielkiej chęci odpuściła.

– Tak, czeka od dobrych piętnastu minut – odparła profesjonalnym tonem i podrapała się po głowie. Z wyraźnym grymasem na twarzy powtórzyła ten ruch kilkukrotnie.

– Jak masz wszy, to kup sobie coś w aptece – rzucił uszczypliwie Lis.

– Zmieniłam szampon – warknęła, zaprzestając drapania.

Lis uśmiechnął się, widząc urażoną, nadąsaną minę Bielik.

– Chodź. Pogadamy z nią.

Puścił partnerkę przodem, a sam jeszcze przez kilka sekund wpatrywał się w miejsce, w którym chwilę temu stała Ostra. Nie podobało mu się jej zachowanie. Akurat do tej sprawy potrzebowali prokuratorki w pełnej formie, a ta wydawała się być w dołku.

– Idziesz?! – zawołała zniecierpliwiona Bielik.

Nie odpowiedział, zamiast tego skierował się od razu w stronę ich wspólnego gabinetu, w którym czekała małżonka Bąka. Był ciekaw jej reakcji i przebiegu rozmowy. W końcu jako żona stawała się pierwszą podejrzaną. Przynajmniej w teorii. Jednak dla komisarza nie było to tak oczywiste. Gdyby nie motyl, może wziąłby to pod uwagę, ale w takich okolicznościach pasowało to do kogoś, kto, o dziwo, nie działał pod aż takim wpływem emocji, o jakich wspomniały Bielik i Ostra.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Share This