Wczoraj, w wieku 52 lat, odszedł znakomity pisarz, grafik: Marcin Wicha. Jego najsłynniejszą książką była Jak przestałem kochać design. Laureat Paszportu „Polityki” (do tego czasopisma pisał felietony), Nagrody Nike (za Rzeczy, których nie wyrzuciłem) i Nagrody im. Witolda Gombrowicza. Kojarzymy go głównie z twórczości eseistycznej o sztuce i ludzkiej egzystencji, jednak pisał on też książki dla dzieci (pierwszą była Klara. Proszę tego nie czytać).
Marcin Wicha: cytaty
Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek.
Jak mało w nich książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają się nam przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie.– Rzeczy, których nie wyrzuciłem
Powinien istnieć specjalny znak interpunkcyjny. Graficzny odpowiednik skurczu krtani. Przecinek się nie nadaje. Przecinek to klin na złapanie oddechu, a tu potrzebny jest typograficzny węzełek, wybój albo potknięcie.
– Rzeczy, których nie wyrzuciłem
A teraz nie żyje. Siedzę w jej mieszkaniu. Wszystko zniknęło. Zostały tylko książki.
Były naszym tłem. Tkwiły w każdym kadrze. Znałem ich grzbiety, zanim rozpoznałem w czarnych znakach litery. Całe życie z nich wróżyłem. Szukałem puent.– Rzeczy, których nie wyrzuciłem
Nie lubiła książek i filmów z budującym przesłaniem, wzniosłych scenariuszy, w których okazywało się, że fantastycznie jest mieć Downa(jej słowa). Że miłość zwycięża chorobę. Ze chory znika jak mistrz Yoda. Bez sikania, odleżyn, środków przeciwbólowych. I że w ogóle trzeba się wziąć w garść. Że rodzina zawsze się jednoczy. Nigdy nie przyjmowała rutynowych pocieszeń. Kurtuazyjnych sformułowań wypłacanych drobną monetą.
– Rzeczy, których nie wyrzuciłem
Pamiętam zachwyt ojca, kiedy ktoś nam przysłał zagraniczne witaminy z zamknięciem odpornym na dzieci. Wszystkim pokazywał plastikowy flakonik.
– Wprawdzie to tylko witaminy – tłumaczył – ale nawet przedawkowanie witamin może być niebezpieczne!
Przez chwilę obracał nakrętką na dowód, że żaden dzieciak nie zdoła jej pokonać. Potem naciskał w odpowiednim miejscu i – voilà! – opór ustępował. Zadowolony z udanej sztuczki wysypywał na rękę kilka tabletek. Potem wrzucał je z powrotem i zamykał opakowanie. Mnie się nie udawało (szczerze mówiąc, nawet dzisiaj nie potrafię sforsować takiej blokady).
Prezentacja miała sens polityczny. Pozwalała na prostym przykładzie dowieść wyższości kapitalizmu nad tym trudnym do nazwania czymś, co nas otaczało. W naszym świecie – podkreślał ojciec – wystarczyłoby napisać „chroń przed dziećmi” i udać się do ważniejszych zadań. Ewentualnie rozdać w ośrodkach zdrowia milion ulotek o strasznych skutkach nadmiernego spożycia witaminy C. Albo umieścić stosowne hasło na pudełkach zapałek. Wydać broszurę „Strzeż dzieci przed witaminą”. Napiętnować niefrasobliwość rodziców. Właśnie do takich zadań Polska miała armię plakacistów.– Jak przestałem kochać design
Po prostu są ludzie, którym niewłaściwy kolor wtyczki potrafi zepsuć pół dnia. Którzy wolą siedzieć w domu, niż wypoczywać w nadmorskim pensjonacie, gdzie dywany mają ohydny kolor. Nieszczęśnicy udręczeni billboardami gładzi szpachlowej.
Tak, tak, wiem. Gust jest kategorią klasową. Ustanawia hierarchie i podziały. Odzwierciedla nasze aspiracje.– Jak przestałem kochać design

0 komentarzy